
Foto 1. - K. Urbańska; reszta - google
Europa nie ma granic, możemy przemieszczać się bez ograniczeń, nikt nas nawet nie pyta skąd przyjeżdżamy. Więc jeździmy. I do nas przyjeżdżają. My zawozimy coś do nich i zawsze coś przywieziemy. Ale raczej więcej przywieziemy. I nie mówię tu już nawet o standardowym zestawie wracającego z Czeskiej Republiki Polaka, który stanowią czekolada i zgrzewka złocistego napoju gazowanego (oraz od czasu liberalizacji przepisów na południu pewnych innych niecodziennych artykułów).
Faktem, który coraz bardziej rzuca się w oczy jest podbój Wrocławia przez południe. No może podbój to nie do końca dobre słowo, wszak to ponoć Czesi założyli nasze piękne miasto, więc można powiedzieć, że Wrocław wraca do macierzy. Na szczęście nikt na Hradczanach nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby przysłać nam pociąg pancerny o tak, żeby pokazać, że mają (choć w sumie… jeżeli tylko ten pociąg przejedzie linią Kudowa-Zdrój – Kłodzko to proszę bardzo). Ale za to mamy lekką modę na to, co czeskie, choćby ichnie wyroby spożywcze. „Nasza” HoopCola to obecnie marka Kofoli, podobnie jak parę innych napojów, a chodzą plotki, że i sama Kofola ma być dostępna na polskich półkach. Przepyszne masło pomazankowe przestało być już produktem wyłącznie przygranicznym. No i przede wszystkim – spory odsetek klubów, pubów, barów, restauracji i innych przybytków musi serwować czeskie piwko, jeżeli chce się liczyć na rynku. A przejdźcie się tylko ulicą Bogusławskiego, tam w zasadzie większość nalewaków posiada etykietki z Broumova, Hanusovic czy Trutnova.
Świetnie sprzedaje się kolejna książka Mariusza Szczygła o naszych południowych sąsiadach, a wpuszczenie kilku czeskich filmów to obowiązek w repertuarze kina na poziomie. Bo przecież ludzie chcą to oglądać. Jedna z gazet pisała nawet regularnie o tym, że Skody z pilzneńskiej fabryki tramwajów już zeszły z taśmy, następnie pisano, że już je pomalowano. Parę dni później relacja jak to czeskie tramwaje, niczym pomarańcze z Kuby, przybędą do Polski na święta. Już nie mogę się doczekać przejażdżki niebieskim ‘tramwajem plus’. A tak na marginesie – czy wiedzieliście że wagony jeżdżące na linii 6 i 7 projektowało Porsche?
Czy mnie to martwi? Ależ skąd, jako jeden z wielu obecnych w naszym instytucie czechofilów, jestem zachwycony faktem, że mogę sobie rano zjeść bułkę z pomazankiem, popić szklanką kofoli, wsiąść do tramwaju „Škoda 16 T” i w czasie jazdy podziwiać witryny lokali z reklamą Plznenskiego Prazdroja. Po południu natomiast skoczę na miasto, kupię ciuchy od Rejoice’a i może jakąś biżuterię z jablonexu. Wieczór natomiast spędzę z kuflem piwa marki ‘Hrabal’ oglądając któryś z czeskich filmów. Pozdrav!
Piwa nie lubię, wystarczy, że mój mąż owszem, ale już np. czeskie jadło smakuje mi całkiem, całkiem, choć nie mam na myśli knedli;)
OdpowiedzUsuńOd chwili, kiedy przeczytałam 'Gottland' czuję się czechofilką, ba, przypomniałam sobie o swoich czeskich korzeniach, uwielbiam czeską część naszych wspólnych gór, tylko do Pragi jeszcze nie dotarłam, przyznaję, to wstyd.
Ale o tramwajach źle się swego czasu mówiło, coś im nie po drodze z szynami było, pamiętasz?
:)